piątek, 26 marca 2010

Wiosna przyjechała do Strugi razem ze mną - nadrabiam zaległości blogowe, a więc: ON-ARRIVAL TRAINING, cz. 1

Oto i jestem znowu w Strudze.
Dawno nic nie pisałam, czas więc nadrobić te zaległości.
Najpierw więc o on-arrival training, czyli szkoleniu dla wolontariuszy EVS po przyjeździe, tyle ile pamiętam.
Szkolenie, jak już pewnie powszechnie wiadomo, miało miejsce w Sarajewie. Ja miałam on-arrival, a Marta i Barbara mid-term training, czyli szkolenie dla wolontariuszy EVS w połowie trwania wolontariatu. Pojechałyśmy więc we trójkę. Szkolenie zaczynało się w poniedziałek kolacją powitalną około godziny 19; plan więc był taki, żeby wyjechać ze Strugi w sobotę, spedzić jeden dzień w Belgradzie i na niedzielę dojechać do Bośni.
W soboty o 15.30 mamy zwykle spotkania z młodzieżą, która współpracuje z magazynem, który robią dziewczyny i ze mną (podobno ktoś współpracuje, albo tak mu się wydaje...). Tak czy owak, spotkanie się odbyło, ale w ostatnim momencie dzieczyny zauważyły poważny błąd w gazecie, która miała być drukowana właśnie tamtej soboty, więc zrobił się cyrk, telefony do naszej mentorki, telefony do drukarni, wstrzymanie druku, szybkie poprawki. Ja w międzyczasie zrobiłam dla nas zakupy na drogę i zdyszane wpadłyśmy na dworzec.
W Belgradzie powitała nas ciemna noc, zimna, mokra i zasypana śniegiem. Była 4.30 rano. Obudziłam się niezupełnie przytomna. Kierowca wysadził nas kawałek za dworcem, dziewczyny zorientowały się gdzie jesteśmy. Było cicho i głucho. Ruszyłyśmy więc w kierunku dworca mając nadzieję, że chociaż tam będzie jakaś knajpa otwarta. I na szczęście była. Jedna jedyna. Spelunowata nieco, ale otwarta, ciepła i z kawą. Wyciągnęłam macedoński chleb, macedońską czekoladę do chleba i macedoński pasztet (produkowany notabene przez firmę "Rolnik" - czy nie brzmi to znajomo?) i bez krępacji zabrałyśmy się z Martą za konsumpcję. Barbara patrzyła na nas trochę dziwnie nie uczestnicząc w tym procederze, ale nie, nie było to aż takie żenujące (przynajmniej dla nas dwóch) - dworcowa knajpa klasy niskiej, 4.30 rano... Come on! Po śniadaniu, kawie i zrobieniu lekkiego makijażu żeby chociaż mieć wrażenie, że się wygląda jak człowiek miałyśmy się o wiele lepiej. Koło szóstej dołączyła do nas Halina - nie znałam jej wcześniej - jechała też na mid-term i też zamierzała zostać dzień w Belgradzie - było więc nas więcej.
O siódmej wyruszyłyśmy w teren. Ponieważ i Barbara, i Halina, i Marta były wcześniej w Belgradzie, a ja bardzo chciałam zobaczyć przede wszystkim belgradzką twierdzę - Kalemegden - wyruszyłyśmy w tym własnie kierunku.
Jest coś specyficznego w dużych miastach o poranku. Jeszcze nie tak ożywione jak w

środku dnia, spokojne molochy, które obudzą się za kilka godzin, wstające dopiero
co słońce, naturalny cud, jego promienie głaszczące uśpione monstrum - Miasto.
Skrzyżowanie naturalnego piękna i cywilizacji rozumianej jako kultura materialna i wszystko to, co zostało skonstruowane przez człowieka - odwieczna antynomia.
Było coś magicznego wtedy w Belgradzie - jeśli przywołać napisane już wcześniej słowo "moloch" - Belgrad wizualizuje je w zupełności. A jednak! Całe w bieli, zasypane śniegiem miało w sobie coś niezwykłego, a nawet urokliwego.
Kalemegden to pozostałości warowni pamiętającej jeszcze czasy rzymskie. Kiedy

Turkowie zajęli miasto, na jej miejscu wybudowali własną twierdzę, ale wciąż można zobaczyć pozostałości z czasów rzymskich, np. studnia, która ok. połowy XVIII w. została odbudowana przez Austriaków. Zwiedzić można tam między innymi przepiękną cerkiew, do której zajrzałyśmy na chwilę. Jest malutka i cała wymalowana ikonami. Sztuka cerkiewna nie jest moją ulubioną, ale ta cerkiew robi spore wrażenie.
Połaziłyśmy jeszcze trochę po mieście, zjadłyśmy pleskawicę (to rodzaj buły z mięsem plus dodatki, np. majonez, śmietana, cebula, coś w rodzaju sproszkowanej papryki i inne) i postanowiłyśmy się nieco ogrzać w McDonaldzie. Po dwóch godzinach (spędzonych - mój Boże! - w MacDonaldzie) poszłyśmy dalej w kurs po Belgradzie. Ponieważ byłam w Belgradzie po raz pierwszy i miałam plan co chciałabym zobaczyć - zostałam "kierownikiem wycieczki".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz