W Skopje znów byłam bladym świtem (szósta rano). Postanowiłam więc nie budzić Uli o tej mrożącej krew w żyłach godzinie, ale – jak zwykle – wyruszyć w miasto. Wydawało mi się, że Skopje będzie dla mnie odskocznią od małej mieściny – miejscem, w którym można kupić specjalistyczy sprzęt, poczuć ducha wielkiego miasta. Cóż, na Bałkanach lepiej niczego nie oczekiwać. Moje zdjęcia pokazują bardzo ładne Skopje, ale moje wrażenia były inne. Starówka, owszem jest ładna, ale to tylko część Skopje. Mała część. Zamek w ruinach i choć wygląda malowniczo, wszędzie pełno jest śmieci. Poza centrum – domy, których nie powstydziłby się mistrz prowizorki – ma się wrażenie, że wiatr dmuchnie, a one runą jak domki z kart. Niemniej i domki z kart, jak widać, potrzebują anten satelitarnych... Skopje – zurbanizowan wioska.
Nie, na pewno nie byłam zachwycona stolicą Macedonii.
Około 10 czy 11 zmierzałam już w kierunku domu, w którym mieszka (między innymi) Ula. Kąpiel znów dała mi wiele radości; potem zaś pojechałam z Ulą i Marine do wioski SOS, gdzie Sinisza robi dla dzieci warsztaty z animacji (nb używając do tego Adobe Premiere, którego ja oczywiście w Strudze nie mam...).
Pod wieczór wróciłam do Strugi.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz