wtorek, 30 marca 2010

ON-ARRIVAL cz. 7 - Zagrzeb


Kilka minut po szóstej byłam w Zagrzebiu. Znalazłam przechowalnię bagażu, ale cena za godzinę była... oszałamiająca, więc zrezygnowałam. Wzięłam z dworca kilka folderów o mieście (z mapą), i zasiadłam do czytania w przydworcowej kafejce. Pierwsza wzmianka o mieście – rok 1094. XVII i XVIII wiek to czas, w którym Zagrzeb rozbudowano w stylu barokowym; miasto stało się ekonomicznym i kulturalnym centrum Chorwacji. Stolicą stał się w 1991 roku, po proklamowaniu niepodległości. Obmyśliłam plan zwiedzania i ruszyłam najpierw na stację kolejową, co by wypytać o podróż w drugą stronę (ostatni autobus do Belgradu odjeżdżał około 17 i stwierdziłam, że to troche za wcześnie). Okazało się, że pociąg kosztuje mniej niż autobus, odjeżdża później, a i przechowalnia bagażu jest o wiele wiele tańsza. Zostawiłam więc plecak i ruszyłam w miasto.

Zagrzeb jest piękny. Doskonale pomyślany i zaprojektowany. Mnóstwo w nim przestrzeni, mnóstwo parków, które stanowią jego integralną część. Podzielony na dwie części: Dolne i Górne miasto. Historycznie centrum miasta podzielone jest na trzy części: Kaptol – centrum katolicyzmu w Chorwacji, Gradec, gdzie znajduje się parlament, centrum państwowości oraz Niższe Miasto – nowoczesne, biznesowe centrum Zagrzebia. Kaptol i Gradec były pierwszymi osadami – to one dały podwaliny dzisiejszemu miastu, przebudowanemu w XVII i XVIII wieku w stylu barokowym.
Zielona Podkowa, to nazwa ośmiu połączonych ze sobą placów. Na jednym z nich stoi pomnik króla Tomislava. Centralnym punktem Zagrzebia, do którego dotarłam rano jest Plac Josipa Jelačića (to ten facet na koniu, który broni miasto przed atakiem rozjuszonych dinozaurów).
Co tu dużo mówić – to trzeba zobaczyć...
Około południa dotarłam do Górnego miasta. Niesamowita jest katedra – największy budynek sakralny na terenie Chorwacji, budowany od XIII do XVIII wieku w stylu gotyckim, ale po trzęsieniu ziemi w 1880 roku, odbudowany w neogotycku.
Niedaleko katedry jest plac targowy – można tu nabyć owoce, warzywa, pamiątki ręcznie robione serwetki czy tradycyjne chustki. No i właśnie – jedna taka wpadła mi w oko, ale jak usłyszałam cenę, doszłam do wniosku, że się chyba przesłyszałam. Później, kiedy spacerowałam po Zagrzebiu, zajrzałam jeszcze do kilku sklepów z pamiątkami – okazało się, że pani na placu wcale nie chciała tak dużo – niemniej i tak było to dużo. Chodziłam, oglądałam, spacerowałam, a ta nieszczęsna chorwacka chustka nie przestawała mi chodzić po głowie. Wróciłam na plac targowy (miałam czas do 14), obejrzałam jeszcze raz, wdałam się w rozmowę ze sprzedawczynią, przymierzyłam. Powiedziałam, że nie wiem, czy będę miała jak wrócić do domu, jeśli ją kupię (no, nie była to do końca prawda, ale co zrobić...). Miła pani sprzedała mi ją w końcu jeszcze taniej, niż zamierzała, a ja z radości strzeliłam nam razem fotkę. Oczywiście, nikt po Zagrzebiu nie chodzi w tradycyjnej chorwackiej chuście, więc byłam nie lada atrakcją.
Idąc jednym z wielu parków dotarłam na coś w rodzaju tarasu widokowego. Zasiadłam na schodkach; jakiś mężczyzna grał nieopodal, wyjęłam kupione na placu jabłko i cieszyłam oczy Zagrzebiem.
Niestety, kiedy zorientowałam się, że można byłoby zajrzeć do jakiegoś muzeum, było już, jak się okazało, za późno. Ciśnienie na jakąkolwiek wystawę miałam jednak duże. Powzięłam trasę na Wysokie miasto i – udało się – trafiłam. W muzeum, którego nazwy nie pamiętam, były trzy wystawy. Zdecydowałam się na malarstwo pędzla jednego ze znanych (ale nie mnie) dziewiętnastowiecznych malarzy chorwackich – Vlaho Bukovaca. Niesamowite wrażenie robi „Portret Stiepana Miletića” z 1894 roku. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że to nie obraz, ale prawdziwy mężczyzna wpatruje się we mnie; nie mogłam uwierzyć – zrobiłam to co wszyscy: podeszłam bliżej, żeby się przekonać, że to naprawdę farby. „Fantazija (glave obitelji)” to znowuż obraz z innej bajki – portret całej rodziny artysty, ale wyłącznie głów – głowy dzieci są obcięte i powiązane ze sobą – niektóre patrzą wprost na widza i choć wiadomo, że nie żyją, w ich oczach jest jakiś wyraz, iskra, myśl – trudno powiedzieć, ale ich oczy na pewno nie są martwe. Głowy rodziców leżą zaś poniżej. Nigdy nie miałam pamięci do twarzy, ale Bukovac potrafi tak doskonale oddać charakter, wyraz twarzy, nastrój, że od razu zapadają one w pamięć. Dobra wystawa – dobrze wydane pięniądze. Dodam jeszcze, że bylam chyba najdziwniejszą zwiedzającą, w moich brudnych spodniach, z chustką na głowie i ucioranych górskich butach wśród tych mężczyzn w garniturach i wyfiokowanych pań. Ale co tam!
W pobliżu znajduje się kościół św. Marka (ten z kolorowym dachem), który jest kościołem parafialnym Gradecu od XIII wieku, ale jego obecny wygląd pochodzi z 1880 roku. Powłóczyłam się wokół aż do nocy, a potem znów niespodziewanie trafiłam na inny taras widokowy, skąd rozciągał się widok na Zagrzeb – zupełnie inny w nocy niż za dnia.
Koniecznie chciałam zobaczyć jeszcze mosty na Sawie. Nie chciałam wydawac pieniędzy na tramwaj, postanowiłam więc przejść się tam na piechotę i wrócić tramwajem, choć było już po zmroku i po kilkunastu godzinach chodzenia, co tu dużo mówić, byłam zmęczona. No i stało się. Zabłądziłam. Trafiłam na jakieś przedmieścia – otoczenie nie zachęcało do niczego, a na pewno nie do samotnych wędrówek. Bałam się nawet wyciągnąć aparat fotograficzny, żeby ktoś mnie nie napadł znienacka. Cichcem (żeby nie było słychać, że jestem zza granicy) zapytałam w kiosku po angielsku jak się moge dostać tam, gdzie chciałam. Zdecydowałam się w końcu na tramwaj. Mosty oglądałam półokiem (bo druga połowa już spała) z pojazdu – dojechałam do ostatniego przystanku i wróciłam do centrum. Tak czy owak, tam byłam, to widziałam.
Przed południem wypytałam w informacji turystycznej czy jest gdzieś w pobliżu kantor czynny całą dobę. Powiedziano mi, że na stacji kolejowej. Okazało się to bzdurą. O 22 z minutami część stacji była już zamknięta, łącznie z kantorem. Na szczęście kobieta w kasie sprzedała mi bilet za euro. Znalazłam jedną jedyną spelunkę dworcową, która była czynna o tej porze, zamówiłam kawę, kupiłam sok na drogę i dogorywałam do 23.55.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz