wtorek, 30 marca 2010
ON-ARRIVAL cz. 6 - Sarajevo - i co dalej?
Szkolenie dla nowicjuszy (czyli dla mnie) kończyło się w sobotę; dla tych, którzy na Bałkanach spędzili około połowę swojego wolontaryjnego czasu (mid-term training) – w piątek. Barbara pojechała do Banja Luki (Bośnia), Marta – do Nowego Sadu (Serbia). A ja? Ja oczywiście też się wybierałam dokądś (skoro zwrócono mi za podróż do Sarajewa w obie strony), ale sama nie wiedziałam dokąd. Przed wyjazdem rozmawiałam z Ulą i ustaliłyśmy, że się dogadamy w Sarajewie co i jak. Ula jechała do Zagrzebia. Ja stwierdziłam, że do Zagrzebia trochę daleko i trochę drogo. Postanowiłyśmy więc z Agą jechać na stopa do Banja Luki, potem do Novego Sadu. W piątek Aga zaczęła czuć się średnio na jeża. W sobotę było już pewne, że jest chora i musi wracać prosto do Macedonii. A ja co? Ja nadal byłam zdecydowana na Banja Lukę. W sobotę złapałam na facebooku Barbarę, dałam jej znać, że się wybieram do Banja Luki – powiedziała, że u jej znajomego nie ma miejsca na nocleg, ale postara się coś znaleźć (a poza tym stwierdziła, że w Banja Luce nic nie ma do zobaczenia, choć w to nie bardzo chciało mi się wierzyć, biorąc pod uwagę, że Barbara bardzo często tak stwierdza – a ja wiem, po moich podróżach po Litwie do nikąd, że nawet zobaczenie niczego coś wnosi – a na Litwie czasem naprawdę podróżowałam do nikąd). Na dworcu dowiedziałam się, że ostatni autobus zawiózłby mnie na miejsce na 12 w nocy. Barbara napisała, że najtańszy nocleg znalazła za coś około 15 czy 20 euro . To trochę za dużo, jak na mój gust. Czekałaby mnie więc noc na dworcu. Maciek jednak uświadomił mnie, że dworzec może być zamykany na noc. Ups. Niedobrze. Na dodatek padało. Pomyślałam, że noc w Banja Luce można jakoś przetrwać, ale nie w deszczu. Pamiętałam, że Ula jechała do Zagrzebia jakoś wieczorem, koło 22, czy nawet póżniej. Około 20 byłam na dworcu – coś mnie ciągnęło do tego miasta. Zapytałam ile kosztuje bilet do stolicy Chorwacji i o której byłabym na miejscu. Bilet nie był tani, niemniej zdecydowanie wolę wydać kasę na podróż niż na nocleg – w Zagrzebiu autobus miał być o szóstej rano, więc spokojnie mogłabym się wyspać w autobusie. Po pięciominutowym namyśle kupiłam bilet i w pobliskiej knajpie, czytając przewodnik, który pożyczyłam od Agi (niestety nie było w nim Chorwacji, więc czytałam o Albanii na zaś) i pijąc kawę czekałam na autobus.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz