Wyszło szydło z worka. Mój projekt nie był przygotowany na mój przyjazd. Nie wymagano ode mnie (kiedy aplikowałam) ani znajomości programów do montażu filmu, ani nawet obsługi kamery. A, jak się okazało, moim zadaniem jest kręcenie z młodzieżą filmów dokumentujących Strugę. Wyobrażałam sobie, że, skoro EVS jest czasem nauki (zgodnie z hasłem "longlife learning"), będzie w organizacji ktoś, kto się na tym zna i mnie wprowadzi w temat. Ale okazało się, że nikt się tutaj na tym nie zna. Nikt tu jeszcze nigdy nie kręcił filmów ani nie robił montażu. Kamera, którą dostałam, to mini kamera (Samsung DVmini), bez instrukcji. Dostałam dwa zewnętrzne mikrofony, których nie da się podłączyć ani do komputera (bo mają dużego jacka, a do komputera wchodzi mały), ani do kamery. To ostatnie i tak nie ma wielkiego znaczenia, bo, jak już wykoncypowałam co to za model kamery i znalazłam w necie instrukcję do niej (a zajęło mi to chwilę, nie powiem), to się okazało, że nie ma możliwości podłączenia do niej zewnętrznego mikrofonu. Nie jestem w stanie nawet zrzucić filmów na komputer, bo nie mam (nie dano mi) odpowiedniego kabla. Jakiego kabla? Też znalazłam sobie sama i na wszelki wypadek poczytałam czym się ten kabel charakteryzuje, bo jedna końcówka wygląda jak zwykłe USB, a nim nie jest (Fire-Wire) i się trochę obawiałam, co by mi nie przyniesiono zwykłego USB. A poza tym - dobrze wiedzieć. Dodam, że kabla nadal nie mam, bo Macedonia - timeless... W Strudze próżno szukać takiego sprzętu. Kabel został więc gdzieć zamówiony, ale nadal nie wiadomo kiedy będzie, bo sklep, który robił zamówienie czeka na kogoś tam jeszcze inego i tak w koło Macieju. Prawdę mówiąc nie jestem przekonana, czy prędko zobaczę ten kabel (Macedonia - timeless...)
Sama nie wiedziałam za co się mam zabrać, więc na początku na wszelki wypadek nie zabierałam się za nic.
Zastanawiałam się nad tematem filmu. Bile (moja mentorka) proponowała dokumentację o Jeziorze Ochrydzkim. Pogoda jednakże niespecjalna jest po temu, więc pomyślałam, że ciekawym pomysłem będzie zrobienie filmu o strużańskich mitach, legendach, czy też po prostu o ciekawych historiach związanych z miasteczkiem. W necie nie ma niczego takiego. Są ze dwie czy trzy legendy związane z Macedonią (zresztą na stronie sygnowanej przez serwer UK), ale z samą Strugą - nic. Posucha.
Podczas pierwszego spotkania z młodzieżą (w sobotę po przyjeździe) miałam już dla nich zadanie: popytajcie waszych rodziców, dziadków, znajomych - szczególnie dziadków - na pewno będą dużo (albo choćby coś) wiedzieć. Młodzież miała iskry w oczach i zaczęła opowiadać o historii nazwy miasteczka. Ale że informacje były niepełne i niesprawdzone, zostawiliśmy ich z tym do następnego tygodnia.
A ja coś robiłam, czegoś szukałam ale w zasadzie niewiele zrobiłam, bo... sama nie wiedziałam za co się zabrać.
Klapa nadeszła, bo - zdaje się - nadejść musiała.
Na następne spotkanie przyszły tylko trzy osoby. Bez informacji. Ja miałam niewiele bo i możliwości są ograniczone, jeśli nie zna się języka. Tak mi się wydawało. Jedna z dziewcząt przysłała mi krótką informację o pochodzeniu miasta (a było to "kopiuj-wklej" ze strony internetowej o Strudze, którą znalazłam) i na tym oparłam drugie sobotnie spotkanie. Młodzież była spokojna, milcząca i bez pomysłów. Podobnie jak ja. Stwierdziłam w końcu, że dobrym sposobem na zdobycie informacji byłoby porozmawianie z kimś z tutejszego muzeum oraz kościołów i meczetów. Przyklaśnięto mi. Ustaliliśmy, że jeden chłopak umówi nas z dyrektorem muzeum (jako że go zna) i pójdziemy do niego razem, a Kate pojedzie ze mnie do klasztoru w Kaliszcie. Spotkanie można podsumować jako: zagubiona w temacie. Po spotkaniu dotarło do mnie, że mam tu być czymś w rodzaju szefa, koordynatora projektu, a w ogóle się do tego nie poczuwałam. Nikt mnie nigdy nie uczył robienia filmów. Blade pojęcie zdroworozsądkowe to za mało. Prawie żadnych wskazówek, choćby co do kolejności działań (z czym od zawsze miałam problem), więc jakim cudem boskim mam być koordynatorem w robieniu filmów???
Straciłam motywację. Przez cały dzień nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc postanowiłam wieczorem się upić.
Kiedy w niedzielę otworzyłam jedno oko, wszystkie znaki na niebie i ziemi (a szczególnie na ziemi) wskazywały na to, że owo oko należy jak najszybciej zamknąć. Tak też uczyniłam.
Czasem porażki są potrzebne. W poniedziałek zebrałam się w sobie i poszłam do meczetu. Pokręciłam się dookoła, aż w końcu ktoś otworzył drzwi. "Nazywam się Agnieszka Rudkowska, jestem z Polski, pracuję jako wolontariuszka w Youth Forum Eye i chciałabym zrobić film o ciekawych historiach, opowieściach związanych ze Strugą. Czy może mi Pan pomóc?" - powiedziałam po angielsku, ale równie dobrze mogłabym mówić, że jestem krasnorostem poszukującym swojej niszy ekologicznej, bo mężczyzna nie mówił po angielsku. Zaczęłam więc tłumaczyć o co mi chodzi we wszystkich językach, jakie wydawały mi się użyteczne, tj. w macedońskim, rosyjskim, angielskim (nadal!) i języku ciała. Po chwili mężczyzna poprosił innego mężczyznę, który, jak mu się pewnie wydawało, będzie mógł się lepiej ze mna porozumieć, ale cóż ja mogłam odpowiedzieć na jego "Deutch?", jeśli mój niemicki ogranicza się do leksemu "Rammstein"? W końcu jednak udało nam się. Meżczyźni zaproponowali, żebym przyszła w (jakąś?) sobotę o (po?) 13, bo wtedy będzie ktoś, kto zna angielski. Hura! (chociaż przedwcześnie cieszyć się nie należy, pamiętając, że Macedonia - timeless).
Tego samego dnia szturmowałam kościół prawosławny. Zagadałam pierwszego napotkanego księdza, ale odesłał mnie z kwitkiem. Nic to. Zrobię drugie podejście, kiedy będę miała do pomocy kogoś z młodzieży (no bo język!).
We wtorek uderzyłam do drugiego meczetu. Nauczona doświadczeniem, zagadałam po macedońsku mężczyznę, który akurat z niego wychodził. Po chwili mojego dukania zapytał: "Do you speak English?" Uf! Powiedział, że jest przejazdem, ale poradził, żebym weszła do środka i zapukała do takich to a takich drzwi. Zdjęłam buty, zapukałam, otworzono mi. Wyrecytowałam mój zapoznawczy wstęp po angielsku. Znów niepotrzebnie. Z głębi pokoju podszedł inny mężczyzna. "Deutch?" Cóż, historia lubi się powtarzać... "Italian?" No nie, nie znam włoskiego. Francuski może podobny, ale w ten sposób się nie porozumiemy. "Od kade ste?" "Od Polska". "AAA! Od Polska!! Zboruwajte polski!" No to zaczełam zboruwać po polsku. Wszystko rozumieli! "A kamera imate?" No jakąś tam imam - akurat tym razem miałam tylko swój aparat, bo pomyślałam, że i tak pewnie będę się musiała, jakby co, umówić na później, ale dobre i to. Jeden z nich otworzył mi salę modlitw. Opowiadał po macedońsku. Trochę rozumiałam. Zaprowadził mnie na górę, tam, gdzie modlą się kobiety. Ale jednak nieznajomość języka ogranicza. Choćbym i zadała pytanie, cóż z tego, że on mnie zrozumie, jeśli ja jego średnio i nie jestem w stanie pchać rozmowy? Zapytał, czy jestem sama w tym całym robieniu filmów. Powiedziałam, że na razie tak, ale będzie ze mną młodzież (mam nadzieję!). Dał mi swój adres. Dał mi swój numer telefonu. Poprosił o mój ("i napiszcie, że jesteście od Polska"). Powiedział, żebym zadzwoniła. Podziękowałam pięknie i ze zrewitalizowaną nadzieją, zapałem i motywacją popędziłam do biura na macedoński.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz